no subject
08/03/2013 16:54 Małe ja powinno pamiętać,by używać journala do czegoś innego niż czytanie cudzych journali. Powinno, na przykład, przerzucać swoje fiki. Och, i powinno pewnie wysłać jakieś radosne komunikaty z okazji Dnia Kobiet. Wszystkiego najnajnajnaj,
Nie, serio. Wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Kobiet, dla mnie i reszty piękniejszej połowy świata! Odpowiednio błyszczące literki, by wyrazić mą radość:
Tak. Literki są. Teraz fiki. Reszta styczniowego kramiku, na przykład, wydaje się dobrym pomysłem.
Dla Niecierpliwej
fandom: FMA
bohaterowie: Roy, Solf; Roy, Riza
gatunek: hmm, humor czarny i zwykły?
.
Do dna
Roy wrócił do obozu padnięty. Walki zabierały całą energię nie tylko ze względu na warunki – psychiczna strona zabijania setek ludzi jednym pstryknięciem palców także odgrywała rolę.
A potem chodzenie po zeszklonym lub czerwonym piasku.
Kiedy szedł do mesy, liczył, że choć trochę odpocznie. Póki nie dosiadł się do niego Kimbley.
— Drinka? — bąknął, uśmiechają się. — Właśnie zrobiłem kilka, na cześć mojego pseudonimu, egocentryzmu i wygranej wojny, chcesz?
Posłał mu szklankę przez całą długość blatu, a Mustang odruchowo złapał, spojrzał... i poczuł młodości. Lód, powoli topniejący, był krwistoczerwony.
— Och, nie mdlej mi tu, Płomienny — usłyszał rozbawiony głos Solfa. — To przecież tylko sok.
Behemot
Mustang pojawiał się czasami, wbrew złośliwym plotkom, na sali ćwiczeń. Nie był tylko politrukiem, biurokratą skupionym na karierze, lwem pozbawionym kłów, o, nie. Był weteranem podłej wojny, toczącym jeszcze podlejszą, choć za pomocą innych narzędzi. Umiał przetrwać, umiał walczyć, niewiele rzeczy go też mogło zaskoczyć. Właściwie, zaskoczyć go nie mogło nic. A przynajmniej tak sądził.
Jednak widok czarno-białego kota, z iście diaboliczną miną siedzącego między manekinami, wytrącił go z równowagi. Nigdy nie lubił kotów, ten zaś miał naprawdę potworny wyraz pyska. Jakby wszystko wiedział, rozumiał i wykpiwał.
Zważywszy na ostatnie doświadczenia, pierwszą myślą Roya było „zmiennokształtny homonculus albo inny potworny konstrukt”. Złożył dłonie. Przygotował się na atak.
Nic się nie zdarzyło, kot tylko najeżył się i syknął, wyciągając pazury. Mustang, kombinując podejrzliwie, który z rywali zastawił na niego tę pułapkę oraz na czym ona właściwie polega, niemal nie zauważył Rizy, która wbiegła do sali, rozglądając się nerwowo.
— Tu jesteś, skarbie! — zawołała.
„Skarbie?” pomyślał mężczyzna „Czyżby ją opętało? A może to nie ona, tylko...” – w tym momencie kobieta pochwyciła kota w ramiona.
— Tak się martwiłam! — krzyknęła.
— To... to twoje? Ale przecież ty masz psa!
— Tak, ale koleżanka wyjeżdża na urlop i potrzebowała, żeby ktoś się zajął jej maleństwem. Słodki jest, prawda?
Dla Mistral77
fandom: FMA
bohaterowie: Edward Elric
varia: życzenie prosiło o śniegowe gwiazdki. Podmiot czynności twórczych chciał dostarczyć fluff, naprawdę. Poniósł klęskę.
.
Połać
>
Edward patrzył na biel za oknem. W tej nieprzyjaznej twierdzy nawet śnieg nie bywał ładnymi, wielkimi gwiazdkami, był mały, suchy, ostry; jak piasek.
Lin powiedział kiedyś, że w jego kraju istnieje broń, która jest metalową gwiazdką o ostrych brzegach, rzucaną jak nóż. Spytali potem, niby żartując, czy alchemik mógłby w nie zamienić śnieg. „Żeby nas poszatkowały?" zakpił Elric. „Nie nas, wrogów".
Ach. Mówiono, myślał teraz leniwie, dziwnie obojętnie, że alchemicy to żywa broń. Nie. Alchemicy to żywa pułapka zdolna przemienić w broń wszystko, co ma pod ręką, co istnieje. Bierze coś miłego, oswojonego, drogiego ludziom – i zmienia w ich śmierć.
Dla NoManArmy
fandom: Silmarillion
bohaterowie: Luthien, Beren
.
Pustka
Były rzeczy, których nawet śpiew Luthien i jej błogosławiona obecność nie mogły zmienić.
Nie mogły przywrócić Berenowi utraconej dłoni ani wygładzić blizn. Łagodziły bóle w nieistniejącej kończynie, lecz ich nie usuwały. Żadna pieśń nie sprawiła, że proteza zaczęła poruszać zwinnie palcami, by mógł robić więcej niż tylko trzymać lub puszczać, żadna nie zapobiegała otarciom, odparzeniom, ranom, przykurczom, zmęczeniu skóry i mięśni.
Czasami, patrząc na pustkę w miejscu palców czy znów, mimo niewygody, odleżyn, sińców, zakładając protezę, Beren chciał wyć. Potem patrzył na Luthien, uśmiechał się i żył dalej, dla niej, tak szczęśliwy, jak być powinien, tak szczęśliwy, jak mówią pieśni.
Dla Violent Cat
fandom: Harry Potter
bohaterowie: Tom M. Ridlle i Dumbledore
.
Porażka
Riddle podszedł do Dumbledore'a pod pozorem trudności z zadaniem. Zadanie było łatwe i najwięcej trudu kosztowało go przekonujące udawanie, że nie rozumie – chodziło o coś całkiem innego, o stawkę dość wysoką, by przełknąć dumę, udać głupotę, udać, że się jest jak inni, przeciętnym, i wymaga pomocy.
Stawką było owinięcie sobie wokół palca ostatniego nauczyciela, który nie był Tomem całkowicie zauroczony. Jeśli chłopak się nie mylił (nigdy się nie mylił) to pan Albus, jak wielu pracujących z dziećmi, nie gustował w kobietach. A nastolatek wiedział, że sam jest bardzo przystojny. Spróbował więc teraz – wydymał usta, podrzucał oddechem niesforny kosmyk, przygryzał, niby w nerwach, wargę, co pozwalało mu ją opuścić, bawił się, też udając przejęcie, włosami, przechylał głowę, obnażając szyję. Wszystko na tyle ogólne, by nie wyglądać na celowe, ale wyreżyserowane tak, by na pewno obudzić erotyczne skojarzenia.
Udało mu się – w oczach Dumbledore'a błysnęło pożądanie, ciemne, żarłoczne uczucie, niemożliwe do pomylenia z niczym innym. Nim wszakże Riddle zdołał choćby odczuć tryumf, płomień we wzroku nauczyciela zgasł, zastąpiony przez... obrzydzenie? gniew? lęk? ból? – Tom nie umiał powiedzieć – a zaraz potem codzienną, upozowaną troskę.
Mężczyzna odsunął się trochę od ucznia i traktował go odtąd bardziej oficjalnie, z większym dystansem niż dotychczas.
Dla RedHatMeg
fandom: The Avengers
bohaterowie: oj, wielu
varia: wizyta w barze karaoke.
.
Z uczuciem
— I wszyscy razem, God bless America! Captain America! — wrzeszczał Tony w kostiumie Iron Mana ze środka stołu, ewidentnie pod wpływem.
Steve zakrył twarz rękami. Czemu się na to zgodził? Przecież przeczucie mówiło mu, że czymkolwiek jest to karaoke, to przystawanie na wyjście ze Starkiem do baru skończy się tragicznie.
— W sali obok jest miejsce dla old... wielbicieli innej muzyki. Standardy swingowe i przedwojenne. Zrobisz furorę. — Pepper wzięła go za rękę i pociągnęła.
— Zaprowadzę cię. Muszę zejść Tony'emu z oczu, nim puści wiązankę romantycznych ballad. — Całkiem nieźle mu idzie — odpowiedział Rogers.
Z czystej uprzejmości. Dziewczyna prychnęła śmiechem.
— Tylko dlatego, że ma w zbroję wbudowanego autotune'a.
— Kalinka, Kalinka, Kalinka maja... — miliarder zmienił w międzyczasie płytę.
Natasza wzruszyła ramionami.
— Tragiczny ma akcent — mruknęła na ucho podsypiającemu Clintowi.
— Fakt — potaknął Banner, przechodzący akurat obok, otoczony wianuszkiem młodych, ślicznych dziewcząt, ubranych w drogie ciuchy ni to vintage, ni to a la hipisi.
Agentka rzuciła mu spojrzenie pełne uznania.
— Poderwałem je na moją znajomość najnowszych hitów Bollywoodu i opowieść o mojej pracy w Indiach... I na smętną, z serca wyrwaną interpretację The beast in me Cage'a. Sala egzotyczna jest na prawo, nie chcesz skoczyć?
— Może później — westchnęła; Tony wyciągnął ku niej dłoni i jął coś bełkotać po pseudorosyjsku. — Muszę chyba urządzić Rewolucję Październikową naszej lokalnej burżuazji. Współpraca współpracą, matuszka Rosja nie zniosłaby takiego traktowania ruskiego.
Bruce potaknął z pełnym zrozumieniem i odszedł – a raczej został odciągnięty przez tłum swoich nowych fanek. Znikając w tłumie usłyszał jeszcze huk oraz jęk Starka. Tudzież pannę Romanową, czystym sopranem, pewnie nawet w rytm ciosów, śpiewającą Międzynarodówkę.
Dla Issay
fandom: The Avengers
bohaterowie: Bruce i Tony, generalnie
.
Dwa ciasteczka na jednym ogniu
Bruce delikatnie, z namaszczeniem, dekorował kruche ciasteczko kolorowymi polewami. Chciał narysować domek, taki typowy, dziecinny obrazeczek. Reszta zespołu patrzyła, zdumiona.
— Wiesz — prychnął Tony — jeśli chcesz zjeść ciasteczka, to superobsługa tej hiperwypasionej kuchni w tym ultrabajeranckim budynku na pewno ci je zrobi.
— Nie zamierzam ich zjadać — odpowiedział nieuważnie Banner.
— Czemu więc marnujesz swój cenny czas na dobrze znaną, świetną opisaną, nudną reakcję chemiczną, zwaną przez laików pieczeniem, zamiast siedzieć w laboratorium – ze mną?! — wykrzyknął z teatralną urazą Stark.
— Terapia — mruknął tamten, skupiony na dorabianiu firanek w miniaturowych okienkach. — Podobno łagodzi gniew. Ułatwia panowanie nad uwagą i kontrolą. Poza tym — dodał z szerokim uśmiechem (firanka wyszła pięknie) — ciasteczka można sprzedać na aukcji dobroczynnej na rzecz ofiar wygłupów Lokiego w Nowym Jorku. Poprawić TARCZY wizerunek. Fury był tak szczęśliwy, jak mu to zaproponowałem, że podpisał moje podania o urlop, stypendium naukowe oraz rozszerzenie uprawnień dostępu w związku z prowadzonymi badaniami niemal bez patrzenia.
Dla Manghi
fandom: The Avengers
bohaterowie: Sif
.
Kobieta straszną jest
Sif, dowiedziawszy się o czynach Lokiego, też chciała wyruszyć na Midgard. Chciała pomóc ludziom, mówiła, chronić Tesseract. Chciała zmiażdżyć temu draniowi wszystkie kości, wybić zęby, wyrwać zwodniczy język, oderżnąć magiczne ręce, zedrzeć paznokcie, myślała. Może Odyn przeczuł jej prawdziwe zamiary. Może dlatego puścił tylko Thora. Może również król nadal kochał tego lodowatego łajdaka.
Sif się takich sentymentów pozbyła. „Nie masz pojęcia" wysyczała Thorowi w twarz, gdy ją za to zganił „co przeżyliśmy my, tutaj, kiedy ciebie nie było, nie masz pojęcia o naszej rozpaczy! Wybaczyłeś bratu swoje krzywdy – pięknie, gratuluję! Ale nie waż się oferować mu przebaczenia w naszym imieniu".
Dla Nieciepliwej
fandom: Harry Potter
bohaterowie: Karkarow
.
Sposobem
Karkarow najchętniej zabiłby te Francurzątka, które demoralizowały mu uczniów, kokietując tymi swoimi uroczymi do mdłości uśmiechami, spojrzeniami, tym urokiem tak nonszalanckim, że w oczywisty sposób wystudiowanym.Jakim cudem jego podopieczni wpadali w tak oczywiste pułapki, nie miał pojęcia. Wpadali jednak – po kajutach natykał się na zamroczone miłością parki, w kątach statku wpadał na młodzieńców, którzy, naraz odkrywszy w sobie poetyckiego ducha, klecili romantyczne sonety. Nocami nad jeziorem niosły się ciężkie westchnienia.
Na wszystko jest jednak rada. Karkarow zarządził wojskowy dryl: pobudki, musztry, prace społeczne. Na próżno Francuzeczki strzelały umalowanymi oczami! Chłopcy nie mieli odtąd sił, by choćby myśleć o amorach.
Dla dervishandbanges
fandom: Harry Potter
bohaterowie: nadal Karkarow
.
Dwusieczna
Kiedy Wiktor przyszedł do niego z pytaniem, jak ma zachowywać się w stosunku do Hermiony, Karkarow po prostu zabronił mu choćby o niej myśleć, aczkolwiek bez większych nadziei, że chłopak posłucha. Musiał jednak przynajmniej spróbować go uciszyć – Igor miłości nie tyle nie rozumiał, ile panicznie się bał.
Wiele lat temu wydał ukochaną kobietę mugolskiej bezpiece, byleby móc uciec do Anglii. Potem przyłączył się do śmierciożerców, by dręczeniem mugoli zmazać dawną hańbę – ale ostatecznie tych sojuszników również zdradził, ratując własną skórę.
Krum opowiadał o przyjaźni, miłości, wierności, ideałach, a nauczyciel myślał tylko o Mrocznym Znaku, ostatnio z każdym dniem palącym mocniej.
Dla Niofo
fandom: Harry Potter
bohaterowie: Petunia
.
Po wyzwoleniu
Gdyby Petunia mogła przewidzieć przyszłość, poprosiłaby Harry'ego, by usunął całej rodzinie wspomnienia o sobie i magii.
Ale pamiętali. Zostawał im więc nienaturalna cisza, zapadająca ilekroć przypadkiem dotknęli jakiegoś tematu powiązanego z Potterem. A takich tematów było sporo: dziecinne zabawy Dudleya, szkolne lata chłopców, całe te piętnaście lat.
Przeszłość, ich własna, spokojna, normalna przeszłość okazała się tylko maską, przykrywką dla obcego, groźnego, czarodziejskiego świata. Ich życie – dekoracją, pozycją w tabelce zysków i strat jakichś ukrytych potęg.
Zabawne, myślała, że to właśnie prawda zabrała jej poczucie realności świata, czyniąc każde działanie tylko elementem długiego snu, a kłamstwo miałoby pomóc tę „prawdziwość" odzyskać.
Dla Fryderyki
fandom: Harry Potter
bohaterowie: Syriusz
.
Ciche popołudnie
Syriusz nie zamierzał iść na pogrzeb swojego ojca. I nie poszedł. Zamiast tego, w ramach profanum, noc poprzedzającą spędził najpierw na koncercie, potem w hotelu na piciu, ćpaniu oraz spaniu z tłumem dziwek (pieniądze wyłudził od Jamesa). Kiedy zegary wybiły wpół do drugiej, a na cmentarzu zaczynało się nabożeństwo, młody panicz Black rzygał w łazience. Panienki w pokoju obok leżały kompletnie naćpane mieszanką czarodziejskich i mugolskich środków.
Jeszcze wczoraj wszystko to wydawało mu się bardzo... czaderskie. Wyluzowane. Świetny, oryginalny pomysł. Już on im pokaże. Już on pokaże rodzicom oraz ich „przyjaciołom z odpowiednich sfer", co to znaczy zerwać więzi. Postępowy, zbuntowany, wyzwolony. „Stary kopnął w kalendarz? mam to gdzieś".
Teraz, nad muszlą, wymiotując już tylko żółcią i krwią ze zdartego przełyku, próbując trzymać włosy i nie mając nawet siły, by je porządnie chwycić – nie miał pojęcia, jakie świństwo wczoraj wciągnął, ale musiało być mocne – naraz, tknięty myślą, niemal coś "pokapował" – i wymknęło mu się, znowu i na wieki – i to było tak diabelnie, tak cholernie za dużo, tak bardzo nie fair, tak bardzo nie tak...
Charkocząc, dławiąc się, między kolejnymi falami nudności, zaczął żałośnie pochlipywać. Natychmiast gwałtownie pociągnął za spłuczkę, choć nikt nie był dość przytomny, by go usłyszeć.
Dla emsallthat
fandom: The Hunger Games
bohaterowie: Haymitch
.
Różnice
To było... ciekawe, dumał Haymitch. Więcej niż ciekawe. Ta mała zdołała nie tylko wygrać, zdołała zmusić oprawców, by nagięli własne zasady, zdołała ochronić tych, którzy byli jej bliscy. Inaczej niż on, zupełnie inaczej.
Wygrał, bo odkrył lukę, przeżył, bo grzecznie się posłuchał przemocy. „Gadał" z nimi ich językiem. Późniejsze wypadki tylko utwierdziły go w przekonaniu, że bezwzględne rządy silniejszych są jedyną prawdziwą regułą. Sądził, że przejrzał świat – okrutny cyrk, okrutny, głupi cyrk – i pił, by zapomnieć o goryczy, jaką dało mu oświecenie.
Ale może, diabli wiedzą, istnieje jednak inne światło niż to mdłe, przedwczesnej starości. Blask ognia, na przykład. Odnowa.
Dla Vincee
fandom: DOGS
bohaterowie: Badou
.
Kompulsje
Papieros. Kolejny. I jeszcze jeden. Wszystko w normie, Badou zawsze palił jak smok. Jeszcze raz. I jeszcze. Heine nie wracał. To też przecież normalne. Pewnie właśnie zajęty był przebijaniem się przez górę podrobów zwaną przez idealistów „ludźmi".
Heine nie pojawił się w kościele od dwóch dni. Nil była zaniepokojona, Nails zgadywał po sposobie, w jaki kręciła się między ławkami, rzucała spojrzenia na drzwi, przysiadła, zamyślona, na stopniach ołtarza. Kiedy ten drań wróci, będą musieli pogadać. Nie wolno tak denerwować dam, Już Badou go nauczy, co to znaczy być dżentelmenem!
Nie, on się nie martwił, skądże. W końcu – dopóki – miał papierosy.
Dla Sagarii
fandom: Sherlock
bohaterowie: Sherlock, Watson
.
Królewicz
John Watson był jednym z ludzi, którzy naprawdę czujni robili się dopiero po wejściu do domu. Tym razem jednak ich wspólne – jego i Sherlocka – mieszkanie wyglądało niewinnie. Zwykły bajzel, lekki zapach chemikaliów w powietrzu, norma. Na stole stała patera pełna jabłek. Pani Hudson pewnie kupiła, uznał doktor, anioł, nie kobieta. Właśnie tego potrzebował po całym dniu pracy.
Z apetytem schrupał owoc, ogryzek wyrzucił, po czym, zadowolony z faktu, że detektyw najwyraźniej eksperymentuje, bo jeszcze nie przyszedł z żądaniem nakarmienia, podziwiania i ogólnej opieki, opadł na fotel z książką w dłoni. Najnowsza głupiutka powieść sensacyjna. Chciał się odprężyć.
Po kilkunastu sekundach słowa zaczęły mu jednak pływać pod oczami. Muszę być bardziej zmęczony, niż sądziłem, chociaż to dziwne, przecież... zdążył pomyśleć, nim książka wysunęła mu się z ręki, a oczy zamknęły.
Sherlock wszedł do pokoju chwilę później. Sprawdził puls, reakcję źrenic, wygląd skóry Johna, po czym, zadowolony, zabrał jabłka z powrotem do swojego domowego laboratorium. Dawka narkotyku, który w nie wstrzyknął, mogłaby być za duża dla kobiet w podeszłym wieku, a nie wybaczyłby sobie, gdyby coś się stało pani Hudson.
Dla Indileen
fandom: Sherlock
bohaterowie: Sherlock, Watson
.
Klęska
Watson, wróciwszy z dyżuru, w pierwszej chwili uznał, że Moriarty albo inszy Główny Wróg Sherlocka postanowił najechać Baker Street, kłęby dymu buchały bowiem z okna. W drugim momencie, kiedy serce podeszło mu już do gardła, uświadomił sobie wszakże, że owe chmury pachną mało za syntetycznie, jak na bombę. Przeciwnie, cuchnęły materią zdecydowanie organiczną. Spalonym tłuszczem. Masłem, konkretniej. I jakimiś... warzywami?
John, błyskawicznie ustaliwszy wstępną hipotezę śledczą – nieudany eksperyment Holmesa – na górę wszedł już spokojnie, nieuważnie rejestrując objawy „schodzenia" z adrenaliny.
Sherlock, zgodnie z przewidywaniami, był w kuchni.
— Hej. Co tym razem zamierzałeś sprawdzić? — spytał doktor. — Przeciętny czas spalania się marchewki?
Detektyw rzucił mu zdumione spojrzenie.
— Zadajesz nielogiczne pytania, John. Jestem w kuchni. Na patelni leżą kawałki poczerniałego jedzenia. Czy najrozsądniej nie byłoby uznać, że głód, wywołany twoją nieobecnością – spóźniłeś się, a pani Hudson jest u znajomych i wiedziałeś o tym — wtrącił oskarżycielsko — popchnął mnie do próby przyrządzenia sobie posiłku samodzielnie. I oto, czym twoja lekkomyślność się skończyła! — Dramatycznym gestem wskazał na kuchenkę.
— Przypaliłeś warzywa z mrożonki? Takie na patelnię? — spytał z najszczerszym zdumieniem Watson, dostrzegając opakowanie na blacie. — Jak ci się to udało?
— Nie umiem gotować — stwierdził wyniośle Holmes. — To dobre dla normalnych, nudnych ludzi. Ja nie umiem.
— Ale tego się nie gotuje. To się wrzuca na patelnię, na tłuszcz, i odgrzewa. To... to proste — wyjąkał doktor.
— Nudne rzeczy zawsze są proste dla normalnych ludzi — oznajmił obrażony detektyw. — Nie umiem gotować. Przekonaliśmy się właśnie. Nie umiem. Ce-Be-De-U — niemal wyskandował.
— Jesteś gorszy niż ta idiotka z filmu, na który wieki temu zabrała mnie Harry — westchnął Watson. — Tamtej zupa wyszła tylko niebieska.
— Nie jestem idiotą. Fakt, że nie wychodzą mi czynności typowe dla normalnych idiotów tylko to potwierdza — teraz w tonie Sherlocka brzmiała już cała symfonia urazy.
— Mhm. Niewiedza. że Ziemia kręci się wokół Słońca też potwierdza twój geniusz. Jasne, pewnie.
— Będziesz mi to jeszcze długo wypominał?
— Do końca świata — oznajmił pogodnie John. — Te dzisiejsze warzywa też. Coś ty z nimi zrobił?
— Położyłem tłuszcz na patelnię, tak, jak należy. Położyłem warzywa. Pomieszałem.
— I?
— I nie chciały się zrobić! Czekałem i czekałem, i czekałem, więc w końcu wróciłem do pożytecznych, ciekawych eksperymentów, bo uznałem, że pewnie zdążę je skończyć nim warzywa raczą się odgrzać!
Znając cierpliwość Holmesa, Watson uznał, że ten poczekał jakieś dwie minuty, nim zostawił patelnię. Potem, oczywiście, jego skupienie osiągnęło najwyższy możliwy poziom i zapomniał o jedzeniu.
— Wyobrażam sobie. W porządku. Sprzątnę ten bajzel — westchnął doktor.
Bardzo niewychowawcze działanie, ale nie miał złudzeń – Sherlock i tak by nie tknął gąbki ani płynu do mycia naczyń. Nie było co czekać, aż spalenizna się weżre.
. — O. Świetnie. To ja... zamówię chińszczyznę. W ramach pomagania w domu — oznajmił dumnie jedyny detektyw-konsultant na świecie. — Na pewno będzie przepyszna!
Dla Alicemau
fandom: Sherlock
bohaterowie: Sherlock, Mycroft
.
Dzieckiem w kolebce po laury
Nianie, guwernantki, a niekiedy także pan Holmes, znając wielką słabość Mycrofta i Sherlocka do zagadek, często organizowali dzieciom konkursy, skomplikowane „podchody" czy nawet fabularyzowane przygody. Zaczynały się od drobiazgu: przestawionego mebla, nowej, dziwnej ozdoby lub nietypowego smaku dania, wiodły poprzez „mapy skarbów", „rękopisy sławnych pisarzy", „notatki szalonych badaczy", doświadczenia chemiczne i pytania z wiedzy ogólnej – aż do „skarbca". Zwykle pełnego książek, łakoci oraz naukowych akcesoriów.
Nic dziwnego, że gdy chłopcy poszli do prywatnych szkół, potem zaś w dorosłe życie, poczuli się rozczarowani. I postanowili znaleźć sobie zagadki, skoro nikt już nie chciał takowych im produkować.
Mycroft wybrał politykę, przez Sherlocka nazywaną „wróżeniem z fusów" albo „grą przemocy", uważał bowiem, że wygrana nie zależała od intelektu, lecz siły oraz szczęścia, ewentualnie kilku nudnych reguł. Młodszy Holmes zdał się chaos najmniejszej skali, dostrzegając w szczegółach tajemnice znacznie ciekawsze, jego zdaniem, niżli wyznaczone z góry (Słońce też ma datę przydatności, Mycroft!) losy świata.
Dla Cisowej
fandom: Sherlock
bohaterowie: Sherlock, John
.
Szampańska zabawa
— Zaraz zaczną strzelać — oznajmił melancholijnie Watson, patrząc w okno Baker Street.
— Genialna dedukcja, mój drogi doktorze — odparł Holmes, zgodnie zresztą z przewidywaniami Johna.
Może nie był jedynym detektywem-konsultantem na świecie, ale umiał wyłapać wzorzec zachowania, zwłaszcza tak oczywisty. Nie robił, na przykład, żadnych planów sylwestrowych, bo wiedział, że Sherlock w jakiś sposób uniemożliwi mu ich wykonanie. I pewnie, trafiło im się ciekawe morderstwo. Watson był pewien, że jego współlokator w razie potrzeby poprosiłby brata o sprzątnięcie jakiegoś wroga Korony odpowiedniego dnia.
Ciekawe morderstwo okazało się takowym jedynie pozornie – Holmes rozwiązał je jeszcze w starym roku i tak oto, wymęczeni pogonią po dachach, wrócili do mieszkania. Niemal przegapili nowy rok, bo wyczerpanie ścięło ich niemal natychmiast; na szczęście Harry zadzwoniła z życzeniami sporo za wcześnie. Sądząc z głosu, już była nieźle wstawiona, ale o tym John wolał nie myśleć.
Posiedzieli więc z Sherlockiem nad znalezionymi w kuchni – kochana pani Hudson! – butelką szampana i koszem zimnych zakąsek. Watson, ziewający niemiłosiernie i zabijający czas do północy oraz detektyw, całkiem już wyspany, marudzący, ile to godzin nie zmarnował, najpierw na sen, a teraz na bezsensowne społeczne rytuały. Doktor też chętnie poszedłby spać, ale wolał zostać na nogach z przyczyny bardzo prozaicznej – przytomny, mógł podziwiać sztuczne ognie. We śnie usłyszy tylko wystrzały, zobaczy piasek, rannych, śmierć. W końcu obudzi się w środku tłumionego ataku paniki.
Dlatego stał teraz przy oknie, wciągał buty, zakładał płaszcz, szykował się do wyjścia. Holmes dołączył do niego po chwili wahania, nadal pomstując na ludzkie irracjonalne obyczaje. Wyszedł, oczywiście, bez szalika, w płaszczu dramatycznie rozpiętym, górnych guzikach koszuli rozchełstanych. John zastanowił się przelotnie, czy, co i ile Sherlock dzisiaj brał, ile brał co roku, by poradzić sobie z narzuconymi odgórnie ograniczeniami, takimi jak przemijanie, paskudnie psującymi mu zabawę. Watson miał jednak ważniejsze sprawy na głowie. Zachowanie spokoju, na przykład.
„Dam radę, dam radę, czemu nie?" powtarzał w myślach. Zapach prochu budził nieprzyjemne skojarzenia, lecz to przecież nie był ten proch ani ten jeden zapach – fajerwerki pachniały mile sterylnie, chemią, wilgotnym, brudnym londyńskim powietrzem, żadnej chemii organicznej.
Jedyny detektyw-konsultant na świecie na pewno zauważył, co się świeci. Nie komentował jednak, za co doktor był mu szczerze wdzięczny, zwłaszcza, że w przypadku Holmesa
niekomentowanie zakrawało na heroizm. „Pewnie Mycroft mu kiedyś medal załatwi" ironizował w duszy John i sam dostrzegał, jak żałośnie ucieka od sytuacji „choć raczej nie za milczenie".
Kanonada wybuchła chwilę później, zapowiedziana paroma pojedynczymi strzałami. Watson był jej szczerze wdzięczny – te pojedyncze trudniej zignorować, całe ciało reagowało instynktownym napięciem. W „tłumie" wybuchów wszystko zlewało się w jedną taflę dźwięku, jeden hałas; poziom skupienia uwagi, strachu, „zdolności bojowej" był stały, co w sumie mniej męczyło. Mógł, bardzo, bardzo powoli, ostrożnie, tłumaczyć sobie, że ten stały łomot to nic groźnego, że są w Londynie, jest sylwester, mieszkańcy się cieszą.
Sherlock za to najwyraźniej stracił głowę. Komentował każdy fajerwerk, zgadując jego skład chemiczny („bar! chlorek miedzi! Sód!" zamiast zwykłych okrzyków podziwu, co normalnie rozbawiłoby Watsona, teraz jednak ledwie tę dziwnostkę zauważał), wielkość ładunku, a nawet producenta. „Chińska taniocha" skwitował po jakimś kwadransie „czy normalni ludzie nie mogliby kupować czegoś lepszego, skoro już marnują czas i energię na tak idiotyczne czynności?". Oczy błyszczały mu jednak podekscytowaniem i John niemal pożałował, że sami nie puszczali rac. Doktor nie miał czasu ani ochoty ich kupować, a Holmes uczynił z nieangażowania się w normalne czynności – takie jak zakupy – naczelną zasadę życiową.
I tak sobie stali, na londyńskim, mokrym chodniku, żołnierz z arystokratą. Obaj udający, że uciekają od przeszłości, obaj udający, że wcale nie widzą, jak pod naporem dźwięków, świateł, zapachu, pękają im maski. Wielu innych ludzi pewnie robiło to samo.
— Idę się napić — skwitował wreszcie nową, a przez to nieznośną, sytuację John. — Wychodzisz? — w głosie Sherlocka zadźwięczała zaniepokojona irytacja.
— Nie. Wracam do szampana od pani Hudson. Ty też. Inaczej się przeziębisz i będę cię musiał kurować, a nie mam na to czasu. Mam dyżury w przyszłym tygodniu.
Holmes wzruszył ramionami, ale posłusznie wszedł do kamienicy. Watson był, generalnie rzecz ujmując, wdzięczny – za kooperację tamtego, za brak komentarzy, może za coś więcej – nie miał jednak czasu ani ochoty kontemplować tego uczucia. Poszedł więc prosto do szampana, ledwie rzucając okiem na komórkę i odpisując zdawkowo na SMSy z życzeniami. Uprzejmie zignorował za to kilka minut, które Sherlock spędził w łazience oraz oczy detektywa, jeszcze bardziej błyszczące, gdy ten siadał przy stole.