Le Kmicic, le mix, le do ściągnięcia tutaj. Do posłuchania: tutaj, na 8tracks. Tytuł w końcu wzięłam z Potopu, ze słów Zagłoby. Udoskonalony o Janerkę (dziękuję, aa) i Siekierę. Spis utworów poza tem: tutaj. Sprawdziłam antyvirem, głośność mniej więcej skalibrowałam, ciszę wycięłam (na tym się moje mizerne umiejętności kończą), teksty są, okładka, zaproponowana przez cudowną aletheiafelineę, takoż jest. Jeśli mi umknęło, donosić i krzyczeć, i walić po łebku.
A poza tym wiecznie otwarty kramik przyniósł (spośród trzydziestu różnych fików; może ja jakoś wytłumaczę moim ZOKom, że naprawdę nie wszystkie muszą mieć ładne wcięcia akapitowe i podwójną interlinię? bo przekładanie tego mnie dobija) kolejne ficzątko do POTC, które niniejszym prezentujem.
Fandom: PoTC
Bohaterowie: zgoła wszyscy, ale głównie Jack i Lizzie
Życzeniodawca: Ellena' Ell
Prompt: o, teraz epicko będzie. albo i kwantowo. Will po 10 latach służby wraca na stałe do domu, Calypso, ktoś z przyjaciół (jak zawsze mile widziani Pintel i Ragetti, chociaż i Gibbsem nie pogardzę), poirytowana czymś Lizzie, kraby, cytaty: "Nie poklepiesz mnie w plecy, Jack?" (i jakaś riposta do tego), "No to kotwica!", "Mucha nie siada" i "Amen".
Aż chce się wracać!
— Owoce morza! Gdzie są owoce morza? — krzyczała poirytowana Elizabeth.
Jej synek przełknął ślinę. Schował kosz krabów w krzakach na dziedzińcu – wyglądały tak inteligentnie i smutno, że po prostu nie mógł pozwolić im skończyć w garnku! – miał nadzieję, że w zamieszaniu związanym z przyjęciem na cześć zakończenia służby jego ojca nikt stworzonek nie znajdzie.
Gibbs krążył za Lizzie i, sam zdenerwowany, próbował uspokajać.
— To będzie bez krabów. Albo poprosimy Calypso o nowe, kręciła się koło sztucznego jeziorka czy fontanny, na pewno da radę ci jakieś skombinować...
— Nie zdążymy ich przyrządzić! — jęknęła kobieta, odwracając się z impetem.
— To nie będzie krabów. Pani Kapitan, mamy siedemnaście rodzajów dań głównych, dwadzieścia trzy przystawki, pięć zestawów zup, z trzydzieści wariantów słodyczy, morze rumu i oceany innych alkoholi...
— Imprezka, że mucha nie siada! — zawołał przechodzący obok Pintel; wyjątkowo bez Ragettiego, który siedział w kuchni, czuwając nad daniami włoskimi.
Pani domu rzuciła piratowi spojrzenie, które zabiłoby go na miejscu, gdyby nie był aż tak starym morskim wygą, przyzwyczajonym do oszukiwania śmierci. Dama otwierała już usta, by zamordować go z kolei słowami, gdy do sali balowej przez okno wpadła piękna dziewoja, na wpół rozebrana i w wyjątkowo szampańskim humorze:
— Jack! — ryknęła Elizabeth. — Poczekaj z amorami przynajmniej do przyjścia Willa! Przyjacielem twoim jest!
Lizzie miała nosa: Sparrow wpadł przez okno sekundę później, on z kolei odziany nie tylko w kompletny strój, ale i komplet biżuterii.
— Cóż, ale to urocze, arcywdzięczne stworzenie także jest moją przyjaciółką! — zauważył.
Dziewczę zachichotało. Pani domu uniosła drwiąco brwi, pytając:
— To jak ona ma na imię?
Kapitan umilkł. Zrobił wielkie, niewinne oczy. Wydął usta. Okręcił się chwacko wokół własnej osi. Strzelił palcami. Zamrugał. „O" wargami utworzył. Językiem jął machać. Panienka zmarszczyła nosek, zniecierpliwiona.
— Rosa? — rzucił w końcu pirat. — Lola? Anna? Maria?
Panienka, z gniewu spłoniona jak róża, chwyciła leżący na zastawionym stole srebrny nóż i spróbowała skoczyć w kierunku Jacka. Spróbowała, gdyż Gibbs z jękiem „tylko nie zastawa! Zrabowaliśmy ją hiszpańskiemu armatorowi!" schwycił ją za przegub. Kapitan Sparrow, wykazując się typową dla siebie straceńczą odwagą, schował się za plecami Pani Kapitan. Elizabeth westchnęła teatralnie, podczas gdy Pintel pocieszał wściekłe, zapłakane dziewczątko.
— Ty się nigdy nie zmienisz — stwierdziła, ściągając dłoń Jacka ze swojego ramienia (dłoń, która powoli, lecz stale, zmierzała w kierunku jej biustu).
— Nie śmiałbym zaprzeczyć, gdy tak piękne usta – nie, czekaj, „nie zmienisz"? Czyli to rozkaz? Tym bardziej bym nie śmiał, możesz być pewna, moja królowo mórz, że rozkaz twój do końca wypełnię, księżniczko oceanów, władczyni fal, perło głębin...
— Amen — wymamrotał Gibbs, nerwowo poprawiając sztućce i wygładzając obrus.
— ...muzo wichrów, bryzo burzy, pani serc całej naszej braci — ciągnął kapitan; Lizzie zaczęła chichotać, palce Sparrowa zacisnęły się na jej dłoni, głaszcząc ją lekko.
— ...Żono Davy'ego Jonesa. Moja żono — huknęło od drzwi; stal szpady błysnęła przy szyi Jacka.
Zebrani zamarli. W ich stupor wdarło się radosne „TATA!", wywrzeszczane od dziedzińca – w ślad za nim do sali wskoczył dziarski, wesoły dziewięciolatek, potrząsając miniaturową szpadą. Dzieciak idealnie rozproszył uwagę przybysza, dzięki czemu kapitan, manierycznie machając rękami, stąpając na palcach i pobrzękując biżuterią, taktycznie odszedł od Lizzie (oraz szpady), by ukryć się za wielką, pieczoną w całości świnią.
— Will! — krzyknęła Elizabeth.
Tudzież z połowa zebranych. Jack najgłośniej, nawet „kochanie" dodał. William schował broń, ucałował żonę i syna, ugryzł jabłko, rzucone rychło w czas przez zwabionego okrzykami Barbossę i długimi, szybkimi krokami podszedł do stołu. Sparrow urwał nadkrojony wcześniej udziec, po czym, przybrawszy pozycję bojową, z udźcem jako szpadą, oznajmił spiesznie:
— En garde! To znaczy, nie miałem nic złego na myśli, stary druhu, przysięgam, myśli moje były czyściutkie jak pacierze pustelnika – nie, czekaj, to może złe porównanie – a w ogóle, przecież nie mogą nas poróżnić kobiety, nas, starych przyjaciół, ale gdyby jednak mogło – en garde!
Turner, spokojnie, manierycznie wręcz obgryzając jabłko, podszedł do „starego druha".
— Nie poklepiesz mnie w plecy, Jack? Wróciłem, po latach...
— Udźcem czy sztyletem? — zripostował pirat, cofając się o kilka kroków, cały czas wymachując kawałkiem mięsiwa.
— Spodziewaliśmy się ciebie za kilka godzin — wymamrotała Lizzie. — Przyjęcie jest niegotowe...
— Zwolniłem się przed północą, okazało się, że służbę jako Jones rozliczają minutowo, nie dobowo. Nie przejmuj się przyjęciem, najdroższa — głos mężczyzny natychmiast nabrał ciepła — wszystko jest idealnie.
— Nie, żebyś miał ostatnio specjalne okazje do porównań, więc nie ceniłbym wysoko twojej opinii, ale ja, Liz, mogę ci dać słowo honoru znawcy, że to najcudowniejszy wieczór dekady jest — wyrzucił z siebie Sparrow. — No już, Will, nie bocz się na mnie, pilnowałem twojej żony, pilnowałem całkiem nieźle, jak widzisz, więc...
— Nie potrzebowałam twojego pilnowania! — syknęła rozjuszona kobieta.
Turner machnął ręką, wziął rozentuzjazmowanego, wciąż kręcącego się między rodzicami syna w objęcia.
— Bardzo mi tego wszystkiego brakowało — stwierdził. — Tak właściwie to dopiero teraz uświadomiłem sobie, że naprawdę wracam... wróciłem.
Gibbs uśmiechnął się szeroko.
— No, to witamy w domu, panie Turner! Pan niech sobie tutaj ucztuje spokojnie i wypoczywa, a ja idę szorować „Perłę", bo domyślam się, że jak pan wrócił, to nie ma bata – za dwa dni kotwica w górę i wypływamy!
no subject
Date: 27/09/2013 19:40 (UTC)P.S. Można by było - nawet należy - wrzucić na polskie_fandomy. Jakby szanowna autorka miała chwilę *pointed look*.
no subject
Date: 27/09/2013 20:34 (UTC)no subject
Date: 29/09/2013 18:13 (UTC)A drzewko atomowe jest w ogóle bomba (że się posłużę takim małym kalamburem czy innym środkiem, hehehe).
Jak bedziesz zamieszczać to na polskich_fandomach, to daj chociaż zmniejszoną wersję okładki - szkoda ją na to żeby była dopiero widzoczna po ściągnięciu plików.
no subject
Date: 29/09/2013 19:09 (UTC)Wedle rozkazu, z okładką wrzucać będę.
no subject
Date: 28/09/2013 21:05 (UTC)To jest śliiiczne! ;)
Jack najgłośniej, nawet „kochanie" dodał.
I to. :)
okazało się, że służbę jako Jones rozliczają minutowo, nie dobowo
Ale najbardziej to! :)
— Jack! — ryknęła Elizabeth. — Poczekaj z amorami przynajmniej do przyjścia Willa! Przyjacielem twoim jest!
Żeby się przyłączył, czy co? Lizzie, tego się po tobie nie spodziewałam. :)))
Oraz! Ja nie wiedziałam, że teraz jeszcze do PotC komuś się chce prompty rzucać! I to po polsku! Jest szansa poznać promptodawczynię? :) *wraca* Aha, chyba namierzyłam. Może by jednak kiedyś pójść na ten fyfynet, fanfikarka ze mnie jak z dżdżownicy rybak, czyli jak się trafi, ale tam jakieś życie widać i jest szansa kogoś poznać...
no subject
Date: 28/09/2013 22:25 (UTC)Żeby się przyłączył - a, tak też być może. Czemu nie. W końcu co pirackie życie, to pirackie życie.
Cóż, jak ludzi przycisnąć o prompty, to nawet się niekiedy kreatywni okazują. ; ) Na ffnecie jest całkiem sporo osób, które nie piszą, tylko dają ulubiejki i komentarze (dobra, tych z komentarzami jest mało). Mogę też złapać Elle i rzucić jej link do Twojego profilu, jeśli chcesz, aczkolwiek oczywiście z Tobą zarejestrowaną wszystko łatwiejsze będzie.
no subject
Date: 29/09/2013 00:19 (UTC)Dotąd się nie pchałam na ff, bo rzadko tam zaglądam nawet w sensie czytania, wolę LJ i ewentualnie AO3, więc to byłoby takie "przyszłam, ale prawie mnie tu nie ma, postawiłam tylko swoją placówkę dyplomatyczną jakby ktoś coś chciał, no to bye". Ale męczy mnie, że tam ludzie są, więc kiedyś się muszę chyba wreszcie zebrać... Linki rzucaj komu chcesz, ja zawsze czuję, że mnie honor kopnął, ale najbardziej to mi zwykle chodzi o pogadanie z innymi, więc jeśli ona nie ma LJa, to tak trochę w milczącym powietrzu zostanie, bo ludzie się z jakiejś przyczyny boją odzywać bez logowania... :) No chyba, że są botami, te jakoś nie są na tyle uprzejme, żeby się bać, tfu.
no subject
Date: 29/09/2013 00:43 (UTC)https://archiveofourown.org/works/740721
Haiku o bocie leci:
O Russian spam-bot,
you strange goose migrated here?
I think you are lost.
Co do ffnetu - no, mogę Cię namawiać, ale ja sama tej strony nie lubię i tylko ze względu na to, że tam najwięcej Polaków jest, mam konto, więc rozumiesz - nie za bardzo się czuję powołana. ; )
no subject
Date: 29/09/2013 20:07 (UTC)The late commenter:
a hidden ten-dollar bill
discovered in purse.
Pursuing mermaids,
we discover manatees;
yet still they dazzle.
No to widzę, że z ffnetem mamy tak samo. :>
no subject
Date: 29/09/2013 20:26 (UTC)Skudosuj autorkę, autorce się parę ciepłych słów należy jak psu zupa. : )
no subject
Date: 29/09/2013 22:12 (UTC)Słusznie, done. :D