Fiki zajączkowe
25/05/2013 17:40Pokaż mi swoją ulubioną zabawkę z dzieciństwa, a powiem, ci kim jesteś. To jest, oczywiście, czysty przypadek, ale z miliona psychozabaw, jakie robiłam/pamiętam, ta trafia najbardziej. Czysty przypadek, bo moich ulubionych zabawek i tak nie było, a z oferowanych do wyboru nie zgadzała się generacja kucyków Pony, na co jednak machnęłam ręką. Niemniej rzecz jest śmieszna, co usprawiedliwia puszczenie dalej (aczkolwiek tylko dla pań, męskich zabawek tam w ogóle braknie).
I obiecałam sobie, że przerzucę kolejne drobiazgi zajączkowe. Chaosie. Cóż, jest weekend, można się zająć takimi rzeczami.
Fandom: X-men
Życzeniodawca: amazing_psyche
Bohaterowie: Pietro, Wanda, Mystique
Skarbiec
Czasami Mystique bardzo starannie nie zastanawiała się, dlaczego właśnie Rogue. Co sprawiło, że tylko tę dziewczynę pokochała tak bardzo? Przypadek? Obecność Wyroczni, jeden ze spokojniejszych okresów w życiu, moment, w którym pozwoliła sobie marzyć? Głupota, więc, która ostatecznie drogo ją kosztowała?
Nie chciała się przyznać, zwłaszcza przed samą sobą, iż prawdopodobnie zwyciężyła biologia, zaprogramowane przywiązanie; gdyby dała pozostałym dzieciom tyle czasu, gdyby zainwestowała w nie uwagę, siły, emocje – kochałaby je nie mniej niż Rogue.
Nigdy nie zamierzała się przyznać. Nie znosiła straconych szans, nienawidziła swoich błędów. Wersja z komunią dusz, szansą choćby przypadkową, ale jedyną we wszechświecie, brzmiała zdecydowanie lepiej.
Zespół
Relacje Wandy z Magnetem były dziwne, przynajmniej w opinii Pietra. Nie, nie dlatego, że siostra regularnie próbowała wykończyć ojca – to wydawało się najzupełniej normalne przy jej osobowości. W końcu kiedyś ją skrzywdził.
Sęk w tym, że Wanda była jednym z najbardziej pokrętnie lojalnych ludzi, jakich Quicksilver widział. Szukała „taty" niestrudzenie, zawsze na tropie, zawsze gotowa wyśledzić go i zmusić do pojedynku. Doprawdy, najwierniejsi podwładni Eryka opuszczali go częściej niż córka. Wzruszający dowód przywiązania.
Jeśli, oczywiście, pominąć mordercze intencje. Pietro sądził, że owszem, należy: obcowania z mutantkami wyrobiły w nim przekonanie, że tak wypaczona... ekscentryczna logika jest jedyną, jaką znają kobiety.
Kąt
Znowu to zrobiła. Zabawki leżały poskręcane i popsute, nawet jego ukochany plastikowy miecz. Żeby tylko zabawki – cały pokój był w drzazgach. Losu swoich ciuchów Pietro wolał nawet nie dociekać, by nie załamać się jeszcze bardziej. Jak on się ludziom pokaże?
Wanda siedziała pod ścianą, skulona, wodząc wokół nieobecnym, acz przerażonym wzrokiem. Ręce zaplecione na kolanach jej drżały, ale żadna moc się z nich nie wydobywała – przynajmniej na wyczucie małego, a to miał spore. Zdolność do dostrzeżenia pierwszych objawów irytacji u siostry nie raz ratowała mu skórę. Ma się czego bać, pomyślał teraz chłopiec z odcieniem mściwości, tata ją chyba zabije!
Fandom: Ib
Życzeniodawca:Vincee
Bohater: Garry
Duch
Garry nie miał specjalnych pretensji do małej Mary, już nie. Po latach – nie wiedział, ilu, od jego przebudzenia minęło jednak na pewno sporo czasu – spędzonych w koszmarnej, acz artystycznie wysublimowanej, przestrzeni obrazów Guerteny, doskonale rozumiał, czemu mała chciała się stąd wyrwać. Nie miał też pretensji do Ib, to biedne, zagubione dziecko próbowało przecież ze wszystkich sił uratować całą trójkę.
Nie miał pretensji do siebie, losu ani nawet Malarza. Jakby te lata kompletnie wyprały go z emocji, gniewu, żalu, nienawiści. A może zawsze był taki. Nie pamiętał, nie do końca, życie przed wizytą w galerii zatarło się mu we wspomnieniach, kojarzył tylko, że takowe miał, że istniało, że on istniał – jako człowiek. Pamiętał za to doskonale wędrówkę z Ib, spotkanie Mary, pamiętał pułapki, przeszkody, pamiętał przehandlowanie swojej róży za tę czerwoną, pamiętał wreszcie błękitne płatki na podłodze, nagłą słabość, ciemność nadpływającą przed oczy. Umarł, prawdopodobnie.
Ale w świecie Guerteny nic, co martwe, takim nie pozostaje. Sztuka przyjęła go, przetworzyła i wypluła jako część siebie, ponownie ożywioną. A przynajmniej takiego wytłumaczenia się trzymał. Żadne inne nie przychodziło mu do głowy.
Garry istniał więc, przynajmniej jako obraz. Śpiącego mężczyzny, konkretniej – ta cecha najwyraźniej przeszła na niego, ponieważ zwykle był senny, łatwo popadał w rozmarzenie, nie miał też wiele siły. Aczkolwiek to ostatnie mogło być efektem śmierci i przebudzenia. Najpewniej był najnowszym elementem świata Malarza, może dlatego też najsłabszym. Poza tym, rzeczywiście utracił swoją różę; wciąż nie znalazł kolejnej.
Garry istniał więc i nie czuł żalu. Czuł za to spokojną pewność, jeden, jedyny imperatyw – wydostać się na zewnątrz. Dostać ciało. Wrócić tam, gdzie przynależał. Zamierzał wobec tego, bez śladu złych uczuć, zupełnie na spokojnie, może nawet z melancholijnym smutkiem (do czegoż zmusza nas egzystencja!), wywołać kolejna kolizję ze światem żywych, wciągnąć kogoś do nadprzyrodzonej galerii, a następnie zająć jego miejsce, tak, jak zrobiła to wcześniej Mary. Zadziałało raz, zadziała i drugi. Chłopak miał nadzieję złapać kogoś w średnim lub starszym wieku, nie dzieci – kogoś, kto przeżył już trochę lat w prawdziwym świecie, kto przeżył te lata, które Mary odebrała Garry’emu. Sądził, że tak będzie uczciwiej.
Oczywiście, jeśli galeria wybierze same niewinne a naiwne dziewczątka, również nie się nie zawaha. Wzruszy ramionami, mruknie „szkoda”, przejdzie przez obraz i trudno, żegnaj, biedna duszyczko. Pewność była całkowita, imperatyw tak silny, że palił. Nie mógłby przegapić szansy, nie mógłby tu zostać. Nie zamierzał okazywać więcej litości niż okazano jemu. Niech ten, kto zostanie tutaj uwięziony, zatroszczy się o swoje przyszłe uwolnienie.
Na samym początku, zaraz po przebudzeniu, bał się, że może Mary postanowi zniszczyć wystawę, na zawsze uwięzić go w świecie Guerteny czy wręcz zabić. Dziewczynka nigdy wszakże się nie pokazała. Ani w tej galerii, ani w kolejnych, gdzie pokazywano prace zebrane artysty, ani w magazynach, gdzie je przechowywano i konserwowano. W końcu spoczęły w dawnym domu twórcy, przerobionym na muzeum. W miasteczku całkiem niedaleko od jego rodzinnego miasta. Tam także nawet stopa małej nie postała. Gary zastanawiał się czasem, czy wynika to z lęku, zapomnienia czy lekceważenia – czy Mary mogłaby ponownie zostać wciągnięta w świat obrazów? To wydawałoby się mu najsprawiedliwszym rozwiązaniem. Pożyła w końcu ileś lat jego życiem. Niech mu je teraz zwróci.
Rozważania te były czysto teoretyczne i chłopak niekiedy sam się z nich podśmiewał. Skoro mała postanowiła unikać wystawy jak diabeł święconej wody, to przecież nigdy jej nie złapie. Musiałby się za nią uganiać po świecie, kiedy już wróci, a na to mężczyzna zdecydowanie nie miał ochoty. Po co tracić czas? Już dość mu go zabrał Guertena.
Ib za to pojawiała się czasami. Ostatnio częściej. Tłumaczyła kustoszkom, że widziała tę wystawę w dzieciństwie i nie może jej zapomnieć, że te prace przyciągają ją, hipnotyzują, fascynują. Że ma wrażenie, iż są wspomnieniem czegoś, o czym sama już zdążyła zapomnieć. Lubiła zwłaszcza portret Garry’ego. Czasami mogłabym się w nim zakochać, mówiła ze śmiechem, a czasami mam wrażenie, że to mógłby być mój starszy brat.
Chłopakowi to – cóż, może nawet pochlebiało. Może budziło w jego sercu ckliwą, ledwie pamiętaną nutę. Lecz było również wielce nie na rękę, niepokojące. Co, jeśli Ib znowu zostanie wciągnięta do świata artysty? Kwestia, czy go rozpozna, bledła w porównaniu z pytaniem: czy Garry będzie zmuszony wymienić swoją wolność za tę dziewczyny? Podjął kiedyś przeciwną decyzję, bez wahania oddał własną różę: wówczas jednak nie wiedział, co to tak naprawdę oznacza. Teraz znał świat, który miałby wybrać, teraz pragnął uciec za wszelką cenę; czyniło to problem nieporównywalnie trudniejszym.
Ib wyglądała... całkiem podobnie do dawnej siebie. Nosiła teraz krótkie włosy, z blond pasemkami. Preferowała chyba raczej spodnie niż spódnice, przynajmniej tak ubrana przychodziła do galerii. Wąskie spodnie, długie, kolorowe, powiewające kardigany i pod tym proste bluzki. Zauważał wszystkie te szczegóły. Jak mógłby nie? Dziewczyna spędzała pod obrazem „śpiącego młodzieńca” naprawdę sporo czasu. Co tym bardziej komplikowało sytuację.
Garry czekał więc na właściwy moment, zastawiał pułapki, szykował zagadki dla „gości”, pielęgnował swoją fałszywą różę. Czekał. I miał nadzieję, że akurat tamtego dnia Ib nie przyjdzie do galerii.
Coś – przeczucie czy doświadczenie – podpowiadało mu jednak, że może nie mieć nawet tyle szczęścia.
Fandom: Natsume
Życzeniodawca: Esien
Bohaterowie: Matoba, któżby inny u mnie?
Varia: była prośba o coś/kogoś, kto ukradł wiosnę. W efekcie mamy raczej opowieść melancholijną, z pewną dawką japońskiego folkloru. A i tak, wiem, klan Matoby to nie ród cesarski w XI wieku, ale jakoś mi te rangi pasowały.
Biała Dama
Jako dziecko Matoba był tak przyzwyczajony do wszelkiego rodzaju yōkai, że nawet w najzwyklejszych zjawiskach fizycznych doszukiwał się działań duchów. Jeżeli padało, to wielki bóg niebios płakał. Mgła była nadludzką pajęczyną albo dymem z nozdrzy podziemnych smoków, albo chustką pani dolin, pięknej-pięknej-pięknej, jak mama, którą zjawa zgubiła, uciekając przed pożądliwym panem wiatrów – zależnie od jego nastroju i wieku.
Kiedy któregoś roku zima trwała niezwykle długo, tak długo, że nawet najstarsi ludzie kiwali głowami ze zdumieniem, a dziennikarze oraz historycy wyszukiwali po archiwach informacji o takiej poprzedniej, Seiji doszedł do wniosku, że jakiś yōkai musiał porwać pannę wiosnę. Zgadzało się to z wieloma legendami świata, które znał z książek – z tą najsłynniejszą, o Prozepinie, na czele.
Wyszedł więc do lasu, w kierunku pobliskich jaskiń, by poszukać w nich zejścia do podziemnych krain, gdzie przetrzymywano w jego mniemaniu wiosnę. Szedł powoli, mimo rakiet zapadając się trochę w śniegu. Okolice znał dobrze, ale cała przykryta białym puchem nijak nie chciała odpowiadać obrazom z jego pamięci. Pod wieczór, kiedy zmarzł, a zapasy czekolady się skończyły, postanowił wracać – i musiał przyznać się przed sobą do klęski. Nie wiedział, gdzie jest. Zgubił drogę.
Był za mały, by wpaść w prawdziwą panikę. Pojęcia „śmierci", „zamarznięcia" były abstrakcyjne, za to „niebezpieczeństwo" miało mile ekscytujący posmak. Uznał, że równie dobrze może nadal szukać wiosny. Może przypadkiem wpadnie na kryjówkę jej porywaczy. Tak oto błądząc, błąkając się, coraz bardziej znużony, coraz bardziej tęskniący za ciepłym, jasnym domem, dostrzegł w oddali niewyraźną sylwetkę kobiety.
Uradowany – naprawdę, sprzykrzyła mu się już ta cała przygoda, niech kto inny ratuje wiosnę, on jest zmęczony, mokry i chce do rodziców – podbiegł do niej, z raz nawet potykając się i zanurzając nos we śniegu. Ona też go zauważyła, zaczęła podchodzić, by pomóc, wstał więc szybko, żeby nie wyjść na ofermę.
Teraz widział ją lepiej: porcelanowa, prawie przezroczysta cera, skromnie opuszczone oczy, czerwone usta, bieluchne kimono. Poruszała się bardzo zwinnie, nie usłyszał nawet skrzypienia śniegu, gdy ku niemu biegła.
— Zgubiłeś się, dziecko? — spytała; miała miły, ciepły głos, otulający jak gruba warstwa śniegu; Matobie przywiódł na myśl ciężkie, wilgotne, powoli spadające z nieba płatki.
Cóż, jego dumie ciężko było przyznać się do porażki, ale był zbyt wyczerpany, by dalej odgrywać dzielnego wojownika. Potaknął, przedstawiając się przy okazji, jak na dobrze wychowanego chłopca przystało. Drgnęła jakby, gdy podawał nazwisko – albo może tylko mu się zdawało, bo zaraz potem wyglądała już na tak samo spokojną, czułą, jak wcześniej.
— Chodź — szepnęła, wyciągając rękę. — Teraz jest już za późno, byśmy zeszli z gór, zmrok zaraz zapadnie; zabiorę cię do siebie, to niedaleko, a jutro odprowadzę cię do domu.
— Rodzice będą się martwić — wymamrotał Seiji, nagle uderzony tą myślą.
Nigdy dotąd nie zostawał poza domem na noc. Rodzice na pewno już zaczęli się martwić. Może nawet go szukali. Powinien pójść z panią w dół, poszukać świateł, jeśli go szukają, to na pewno z latarkami i magicznymi pochodniami, i wszystkimi yōkai...
Śnieg podniósł się naokoło nich gwałtownie. Zawieja. Dziwne; chwilę temu wcale nie czuł tak bardzo wiatru.
— Tylko do jutra rana. To ledwie parę godzin — odpowiedziała kobieta. — A jeśli spróbujemy zejść teraz, możemy zamarznąć albo spaść ze zbocza i połamać karki. To ich dopiero zmartwi — dodała z naciskiem.
Dziecko musiało przyznać jej rację. Z ciężkim westchnieniem, czując wyrzuty sumienia, ujął damę za dłoń i pozwolił się prowadzić w głąb gór. Jej palce były bardzo, bardzo zimne, zdziwił się, czemu dziewczyna nie założyła rękawiczek, chciał nawet zapytać, ale śnieg wchodził mu w usta, a zmęczenie sklejało powieki. Wkrótce nie był w stanie ani pytać, ani myśleć, tylko szedł, całkiem automatycznie, bezwolnie, sam nie do końca wiedział, jak, za kobietą.
Naraz rozległ się głuchy warkot i z boku wyskoczył na nich wielki cień. Zęby błyszczały mu od odbitego przez śnieg księżycowego światła. Dama krzyknęła, wyraźnie przestraszona, przycisnęła Matobę blisko-blisko-blisko do siebie; przez moment był wdzięczny i zaskoczony jej odwagą – chciała go bronić! – ale w drugiej chwili rozpoznał pokraczny cień oraz towarzyszące mu osoby.
Ich rodzinne nue obronne i dwóch kuzynów Seijiego.
— Puść dzieciaka! — wrzasnęli w kierunku dziewczyny. — Puszczaj go natychmiast albo cię odeślemy, gdzie twoje miejsce!
Kobieta zaśmiała się; jej głos brzmiał nieprzyjemnie, jak skrzypienie śniegu. Chłopiec uniósł spojrzenie i zamarł, przestraszony. Oczy nieznajomej były przerażające, zimne, puste, ciemne jak niebo w noc grudniowego przesilenia. Coś całkiem nieludzkiego z nich biło, to właśnie najmocniej przeraziło Matobę.
— A jeśli go puszczę — syczała tymczasem dama, tonem, który brzmiał jak świst lodowatego wiatru w górach — to jaką mam gwarancję, że dacie mi odejść? Że nie wygnacie mnie do piekieł, choćby z zemsty? Egzorcyści są bezwzględni, wszystkie duchy o tym wiedzą! A dziecko wzięło mnie za rękę, zgodnie z każdym prawem jest moje. Cofnijcie się, ostrzegam – nie chcę mieć waszych zamarzniętych trucheł na sumieniu!
Kuzyni usłuchali. Nue warczało głucho, ale podążyło za nimi. Do chłopca zaczęło dochodzić, powoli, że wpakował się w większe kłopoty, niż przypuszczał.
— Zamierzałam go jutro wam oddać — dodała pani, mierzwiąc pieszczotliwie jego włosy. — Na co mi trzymać dziecko egzorcystów? Same z tym kłopoty. Ale teraz, skoroście mnie zaatakowali, sama nie wiem... — Pogłaskała go po policzku. — Chciałbyś zostać ze mną, Seiji? U mnie byłbyś szczęśliwy, nie musiałbyś pracować, odpoczywałbyś cały dzień przy kominku – albo bawiłbyś się na dworze z innymi dziećmi, lepiłbyś bałwany, rzucał śnieżkami, budował zamki śniegowe... A mój dom! Mój dom to pałac z lodu, Seiji, ukryty w chmurach, ogrzewany magią! Wędrowalibyśmy nad całą Japonią, nad całym światem, gdziekolwiek pada śnieg – tam i my... Nie chciałbyś zostać ze mną, dziecię egzorcystów? Inne yōkai zazdrościłyby mi ciebie, jesteś taki śliczny i taki potężny — szepnęła, przyklękając przy nim, patrząc mu prosto w twarz.
— Powiedz „nie", ty mały durniu! — wrzasnął jeden z jego kuzynów, ale Matoba ledwie go usłyszał.
Kobieta była taka piękna! Jej oczy znowu się zmieniły, nadal były nieludzkie, teraz wszakże cudowne: ukazywała mu wolne przestrzenie, nieba całego świata, dachy, domy, lasy z różnych zakątków globu, wszystkie ośnieżone, wszystkie czarno-białe, skąpane w świetle księżyca, przypominające ryciny. Była w tej pustce wielka wolność, ale też samotność i chłopcu zrobiło się żal. Może ta zimowa dama bardziej potrzebowała pomocy niż wiosna? Może przyda się jej towarzystwo. Może...
Świat. A potem wrzask, przeraźliwy, przeraźliwy, gorszy niż wizg wiatru w szczelinach lodu, gorszy niż łoskot lawiny, straszny, straszny dźwięk! To dziewczyna krzyczała, ewidentnie z bólu; obróciła się, nadal krzycząc – od jej oddechu drzewa pękały na dwoje, jak przy wielkim mrozie, od jej oddechu śnieg twardniał w lód, od jej oddechu powietrze tężało. Nue zaskomlało i skoczyło ku Seijiemu, zasłaniając go własnym ciałem. Kuzyni wydali zduszone okrzyki, a potem zamilkli.
Za plecami kobiety, teraz skulonej na ziemi, ze świętą mantrą na plecach i wypływającym spod niej białawym dymem, chłopczyk dostrzegł swojego ojca. Mężczyzna był blady jak śmierć, ale kolejne zaklęcie trzymał w ręce, gotów rzucić je w każdej chwili.
Widmo u stóp Matoby skomlało teraz. Zamieniało się powoli we mgłę, przezroczyściało z każdą chwilą, dłonią jednak szukało jeszcze, po omacku, chłopca. Wzywało go tej cichym, płaczliwym, smutnym głosem. Dziecko chciało podejść, nadal zaczarowane, nadal nic nie rozumiejące, za to pełne szczerego żalu – czemu jego rodzice skrzywdzili zjawę? czy nie widzieli, że chciała mu pomóc? była taka miła! – lecz nue stanęło mu drodze, nie przepuszczało, piszczało tylko, jakby z bólu. Chłopczyk przyjrzał się dokładniej i pojął, że rzeczywiście jest ranne, całe plecy oraz bok miało poważnie odmrożone.
— Seiji! — dobiegły go okrzyki.
Z niechęcią odwrócił wzrok od znikającej damy – chciał się chociaż pożegnać – i spojrzał w kierunku, z którego dobiegały głos. Dostrzegł swoją matkę, inne kobiety, tłum pomniejszych, służebnych yōkai. Wskazywały to na niego, to w miejsce, gdzie stali jego kuzyni; ich krzyki zamieniały się powoli w lament. Podążył za ich dłońmi. Zamarł.
Jego kuzyni leżeli na ziemi, sini, niebiescy wręcz. Martwi, wiedział od razu, całkiem martwi, naprawdę martwi, martwi na śmierć, na zawsze. Jego złośliwi, dumni, durni, zawsze się wygłupiający, kochani kuzyni! Już nigdy nie wpadną z hałasem na obiad, nie będą się razem bawili w chowanego, nie będą uczyć Matoby pisania zaklęć, już nigdy...
I naraz okropna myśl dotarła do Seijiego. To ta nieznajoma, to mamidło zabiło jego kuzynów. A zabiło ich, bo on, dureń, wyszedł z domu w gór szukać wiosny, a potem dał się zwieść zjawie! Gdyby to jego rodziców zabito? Lęk, poczucie winy, rozpacz, wszystko to ścisnęło mu gardło; upadł na kolana, płacząc głośno.
Jego ojciec minął go, rzuciwszy tylko ciężkie, surowe spojrzenie. Podszedł ku zmarłym, pokręcił ze smutkiem głową. Zaraz dopadli do krewni, ciotki, matki, babki. Szloch kobiet niósł się po górach. Na chłopca nikt z ludzi nie zwracał uwagi – jedynie biedne, ranne nue lizało go po twarzy, ale nawet ono rzucało tęskne, zaniepokojone spojrzenia w stronę trupów. Seiji przypomniał sobie, że straszydło było ulubieńcem jednego z nich; nie zrobiło mu się od tego ciężej, bo już po prosu nie mogło. Najchętniej sam rozwiałby się w mgłę, jak tamten zdradziecki, podły duch!
Chłopcem zajęły się domowe yōkai. Kokosiły się, pieściły, wzdychały nad „paniczem", przyniosły ciepłe napoje i nawet jakąś nalewkę, by go uspokoić, owinęły w piernaty, posadziły przy ogniu, zniosły do domu. Rodzina nie zwracała na niego większej uwagi, skupiona na zmarłych, na żałobie. Sam Matoba nie zwracał na siebie większej uwagi; miał wrażenie, że świat jest daleko, za szybą, a on sam jest rzeczą, podawaną z rąk do rąk, chuchaną, wycieraną, kąpaną, wreszcie pojoną ziółkami i układaną do snu.
Sen był wyczerpujący, dziwnie długi, pewien majaczeń, koszmarów, twarzy kuzynów i płaczliwego tonu zimowej zjawy. Kiedy wreszcie Seiji się zeń ocknął, zimy już nie było, śnieg zniknął, pierwsze kwiaty nieśmiało rozkwitały, na drzewach zaczynały pojawiać się pączki, ziemia wręcz wybuchała trawą.
Kuzyni nadal byli martwi, choć przez moment chłopiec miał nadzieję, że to też był tylko zły sen. Ale nikt o okolicznościach ich śmierci nie mówił, a dziecko bało się poruszyć temat. Gdy wreszcie to uczynił, na poły niechcący, miesiące później, dowiedział się od dorosłych, że żadnego widma nie było, że kuzyni po prostu zaginęli w górach, zwykły wypadek, znaleźli jedynie okaleczone nue, musi być, że chłopcy spadli gdzieś w rozpadlinę; a Seiji przeziębił się ciężko, bawiąc na podwórku, bo nie dopilnowali go, zajęci szukaniem nastolatków. Żadne duchy nie były, rzekomo, w to zamieszane.
Przez jakiś czas Matoba nawet w to wierzył, może dlatego, iż wierzyć bardzo pragnął. Później jednak, przeanalizowawszy strzępki rozmów dorosłych, papiery, kapliczki, postawione kuzynom, obrażenia nue oraz dziwaczne, pełne strachu milczenie – albo wymuszone „zeznania" – domowych yōkai, zaczął nabierać wątpliwości. Te rozwiały się ostatecznie, gdy „panicz" został głową klanu, niespodzianie, bo ojciec jego nie był jeszcze starcem, i uzyskał dostęp do wszystkich rodowych dokumentów.
Biała dama, zapisano w nich, śnieżna pani, porwała samego następcę, a dwaj kuzyni z piątej linii zginęli w trakcie akcji ratunkowej. W nagrodę i dla uczczenia ich pamięci, kapliczki chłopców umieszczono w części przeznaczonej dla głównego rodu; dostali też, pośmiertnie, pierwszy stopień czwartej rangi, najwyższej dostępnej dla ludzi takiego pochodzenia.
Cóż, w tamtym okresie Seiji i tak nie miał już żadnych złudzeń co do świata, duchów wszelkiej maści ani ludzi. Nie żywił też do nich żadnych wielkich uczuć.
Fandom: Sherlock (BBC)
Życzeniodawca: DaiHelsing
Bohaterowie: John, Sherlock i herbata, o którą proszono
Dopóki ciebie, ciebie nam pić
— Herbaty, herbaty, herbaty! — zaintonował Sherlock, wpadając do domu.
— Jest tylko assam albo Prince Wales — oznajmił spokojnie Watson.
Holmes, oczywiście, mlekiem swej herbaty nie zbrukał. W assamie czy chińskich mieszankach nie zanurzył ust, bo miał to za „tanie wyrafinowanie dla plebsu; to jest, John, konsumpcyjny odpowiednik «mojej osoby»!”.
Ach, tak. Cóż, doktor nadal spokojnie pijał swoją proletariacką herbatę. Owszem, nie z torebki, ale z mieszanki liści oznaczonych po prostu „assam” czy „Prince Wales”, bez plantacji albo roku zbiorów.
Detektyw poszedł zapytać pani Hudson, czy nie ma jakiegoś darjeelinga.
— Darjeeling są dla bab, mięczaków i snobów — zawołał za nim żartobliwie Watson.
— Darjeelingi są dla ludzi, którzy sobie nie zepsuli smaku sztucznie aromatyzowanymi mieszankami z torebek! — odkrzyknął Sherlock.
Odpowiedniej herbaty, jak John wyczytał z gorączkowych zapewnień gospodyni, nie było. Holmes wyszedł. Z rozwianym szalikiem, sądząc z rozpaczliwego krzyku kobiety.
Wrócił po kilku godzinach. Obładowany torebkami. Doktor ocenił, że przyjaciel właśnie wydał równowartość kilkumiesięcznego czynszu. Lekarz odruchowo sprawdził, czy wciąż ma przy sobie swoją kartę kredytową. Miał.
— Nie musisz sprawdzać, nie okradłbym cię... nie na herbatę, w każdym razie — prychnął Sherlock. — Rozwiązałem sprawę mojemu dilerowi. Z wdzięczności postawił mi zakupy. Wiesz, najlepsza herbaciarnia w Londynie to pralnia pieniędzy, więc bez problemów przyjmują zapłatę heroiną.
Fandom: Sherlock
Życzeniodawca: Kaembe
Bohaterowie: Sherlock, John
Varia: promptem był ten fanvid. I udało się mię go zmieścić w drabble'u, tak, dumnam z siebie.
Szyfry
— Gdyby twoje życie było piosenką, to jaką? Mi pasuje „Sexy back" Timberlake'a — przeczytał blogowy komentarz John. — Boże, twoje nastoletnie fanki...
— Rozumiem przekonanie o mojej wszechmocy, ale nie mam pretensji do bycia istotą nadprzyrodzoną — odparł Sherlock nieuważnie. — Zaraz, Timberlake? Drewniane jezioro? Sexy? Back? Może to kod? Może chodzi o drewniany domek nad stawem na Back, w Szkocji – i orgię?
Cała postawa Holmes krzyczała nadzieją: „może to od Irene". Watson westchnął.
— Głęboko wątpię. Raczej durne internetowe meme. A Timberlake to nazwisko gwiazdora.
Ale, spojrzawszy na rozentuzjazmowanego detektywa, machnął ręką na próby tłumaczenia i poszedł ich pakować. W Szkocji przydadzą się ciepłe ubrania.
Fandom: DOGS (manga)
Życzeniodawca: Hildegarde
Bohaterowie: zgoła wszyscy, ale, co najważniejsze, promptowany kot, herbata i błąd.
W domu Pana
(jest mieszkań wiele)
Pomyłka. Jedna wielka pomyłka, a raczej seria pomyłek, uznał ponuro Heine. Pierwsza: jakiś kot zaplątał się w okolice kościoła. To było pechem zwierzaka – w ogóle nie powinno być go w slumsach. Drugim błędem, tym razem losu, było, iż na stworzonko wpadła Nill, która natychmiast postanowiła je zabrać z sobą i wychowywać.
Nill, której nikt nie umiał niczego odmówić.
Tak oto czarno-biały dachowiec znalazł przystań w kościele, domu dla kwartetu żywych broni, regularnie najeżdżanym przez Mroczne a Straszne Siły Zła, jak je nazywał Badou. Słowo „przystań” w tym kontekście niewątpliwie było pomyłką.
Zwariowany Ojciec kupił koteczkowi, który okazał się kotką, wielką, kolorową kokardę na szyję. I kubraczek ze skrzydłami – brokatowymi skrzydełkami – do kompletu. Tudzież miniaturowe buciczki ozdobione haftowanymi kwiatkami. Ba, nawet cudaczną błazeńską czapeczkę z dzwoneczkami. Nazywanie tego „pomyłką” byłoby sporym eufemizmem.
Nill z kolei próbowała poić zwierzaka herbatą, co, jak im wytłumaczyła Liza, po trosze rozbawiona, po trosze przerażona tak kompletnym brakiem podstawowej wiedzy, mogło być błędem wręcz tragicznym w skutkach.
Stworzenie wszakże nie protestowało, najwyraźniej zadowolone, że ma dach nad głową oraz pełną miskę. „Oportunista” zrzędził Heine „konformista, tchórz, bezdomna łajza”. Choć przecież wszyscy szukali tutaj właśnie tego.
Co, zdaniem mężczyzny, było ostatnią pomyłką, wieńczącą dzieło, największą i śmiertelną.
Fandom: Sherlock (BBC)
Życzeniodawca: Badhbh
Bohaterowie: Sherlock, Mycroft, dzieciństwo
Czym skorupka za młodu nasiąknie
Sherlock i Mycroft leżeli wygodnie na kocu, na trawie należącej od niepamiętnych czasów do rozległych posiadłości ziemskich rodu. Woleliby siedzieć w domu – starszy brat czytając, młodszy przeprowadzając eksperymenty; na łonie natury nie było mu wolno, odczynniki chemiczne psuły trawę – ale rodzice uznali, że są za bladzi i wygnali ich na świeże powietrze. Po długich błaganiach zgodzili się, by chłopcy wzięli z sobą książki oraz kosz przekąsek.
„Przynajmniej złapiecie trochę tlenu. I poczytacie w naturalnym świetle, sztuczne psuje wzrok!” oznajmiła autorytatywnym tonem mama. Dzieci siedziały więc, łapiąc cenny tlen i równie cenne słońce, sprzyjające wytwarzaniu witaminy D.
Sherlock uniósł na moment oczy znad liter, lustrując zieleń naokoło kocyka. Po czym zamarł. Przed sobą widział sześciolistną koniczynkę. Sześciolistną. Ostrożnie pochylił się nad roślinką, by sprawdzić, czy to przypadkiem nie pomyłka, iluzja, błąd wzroku – ale nie. Prawdziwa sześciolistna koniczynka.
— Mycroft, zobacz! — Szturchnął brata, zaciekawiony i zachwycony.
Ten podążył spojrzeniem za palcem chłopca. Dostrzegł koniczynę. Dosłownie zamarł, Sherlock już widział, jak tamtemu obracają się w głowie przerzutki, zębatki czy insze mechanizmy. Potem starszy z Holmesów chwycił roślinkę, delikatnie ją wyrwał – młodsze dziecko jęknęło, zawiedzone – rzucając przy tym surowym, autorytarnym tonem:
— To jakaś mutacja, a skoro to mutacja, to na pewno spisek obcego rządu! Inwazja obcych organizmów do ekosystemu może przynieść opłakane skutki, pamiętasz? Czytaliśmy o tym w książkach o zwierzątkach. Ta koniczynka może być dowodem i poszlaką w jakiejś wielkiej aferze szpiegowskiej! Wracamy do domu! — oznajmił, wstając z koca. — Musimy ją koniecznie zbadać i pokazać rodzicom
Fandom: Władca Pierścieni
Życzeniodawca: Siean Riley
Bohaterowie: nikt znany, promptem był ten moment, kiedy do oblężonego Gondoru wróciło Światło
Ciepło
Rodzice powiedzieli jej, kiedy słońce zniknęło. Dodali, że to koniec. Jakby nie wiedziała. Owszem, była niewidoma, ale przecież słońce to nie tylko światło, to także ciepło promieni, tańczące na skórze – teraz dla dziewczynki zapadła nie tyle ciemność, ile ciężki, smutny chłód.
Oczywiście, że przeczuwała zagładę. Jako kaleka miała jeszcze mniejsze szanse na przeżycie niż reszta mieszkańców Minas Tirith. Na co Złemu niedołężni słudzy?
Kiedy doszły ją pierwszy okrzyki o pasku światła na horyzoncie, prawie nie uwierzyła. Pobiegła jednak do okna, wystawiła ręce, mimo bitwy, próbując złapać pierwsze plamy blasku; gdy do niej podeszły, przysięgłaby, że odtąd wszystko już będzie dobrze.
Fandom: Harry Potter
Życzeniodawca: Fryderyka
Bohaterowie: Syriusz, Remus, Tonks, w dwóch drabble'ach, jednym nieprzepisowo tłustym
Varia: miała być śmierć bohatera i poczucie winy. Mamy rozważania o konwencji romansowej u Rowling w formie drabble'a. Też może być.
Konwencja romansowa
Urządzono, oczywiście, wystawny, piękny pogrzeb zaraz po wygranej Bitwie o Hogwart. Płakano. Krzyczano. Rozpaczano. Chwiano się na nogach, w otoczeniu uprzejmych bliskich albo urzędników z Ministerstwa. Gazety wypełniły patetyczne nagłówki, dramatyczne kondolencje, wytłuszczone nekrologi, sentymentalne wspominki.
Wszystko jak należy. Nimfadora i Remus odchodzili z honorami. Okazywano żal, bo przecież mały Teddy, bo heroiczna śmierć, bo przecież to była taka... piękna para. Nietypowa, ale piękna. Zwłaszcza w bohaterskiej śmierci; tylko w niej.
Ci, którzy się odważyli złamać tabu, szlachetni buntownicy, pełni dobrej woli burzyciele – leżeli martwi. Przekroczenie granic jest aktem wzniosłym i świętym, i romantycznym – i skutkuje karą.
Wszystko jak należy.
Z archiwum się niekiedy wychodzi z zawałem
Minęło wiele, wiele lat nim Harry, porządkując papiery Zakonu Feniksa, pojął, że śmierć Syriusza była „Sprawie" wyjątkowo na rękę. Uniknęli konieczności sądowej walki o amnestię, pytań o rodzinne powiązania. Nade wszystko – Syriusz był niewygodnym sojusznikiem. Prześladowanym przez demony, choroby nerwowe.
Jego pobyt w kwaterze głównej był opieką, dbaniem, by nie zrobił krzywdy sobie lub innym. Opieką, która zajmowała czas i środki, którą, wynikało z dokumentów, podjęto jedynie ze względu na dom, nalegania Remusa zbywszy. Rezydencja Blacków świetnie się nadawała na kryjówkę, musieli więc znosić jej właściciela.
Aż tu raptem wszystko przeszło na Pottera, który zyskiwał dodatkowo doskonałą motywację do walki. Harry był znacznie wygodniejszym bohaterem: miał przyjaciół, poukładane w głowie, słuszną hierarchię. Syriusz, biło z osobistych notatek członków Zakonu, nie dożyłby trzydziestki, gdyby nie Azkaban. Zabiłby się w jakiś marny, mały sposób, zaćpał, zapił, rozbił na motorze. Upiór, pisali, śmierć jest przy nim i w nim, zawsze zbuntowanym. Wobec rodziny, konwenansów, losu, obowiązków, wobec, napisał wprost Dumbledore, życia. Życia jako warunków, jako świata i życia jako konieczności.
Ale jedynie Snape oznajmił na naradzie, do której zaklętych protokołów dotarł Harry: „to dla nas szczęśliwy traf, że Black zginął; martwy nie przysparza problemów, a może nawet się przyda jako męczennik niższej rangi".
Fandom: Ib
Życzeniodawca: Cainmak
Bohaterowie: Guertena, Mary
Mała zdrajczyni
To był, w gruncie rzeczy, kaprys. Pragnienie, które Guertena znalazł w sobie pewnej nocy, mimowolnie rozmyślając o... bliskich, nazwijmy to. Kochankach, żonach, dzieciach, wnukach. Opuszczali go, wszyscy – jedni wprost, inni stając tak nieznośnymi, że sam musiał ich zostawiać.
Jego córka. Jego śliczna córka: krucze włosy, śniada cera, orzechowe oczy. Poświęcił jej wszystko – wszystko, co mógł, jako malarz, jako artysta, wszystko w rozsądnych granicach, myślał gorzko. Może miewał wady, złe nastroje; kto nie ma? A artysta przecież musi, jego emocje to jego praca, dziedzictwo, ślad (w encyklopedii będzie jej imię, „Guertena – włoski malarz, XXI wiek (...) dzieci: córka Anna..", będzie jej imię, tylko dzięki jemu).
Był taki szczęśliwy po jej narodzinach. Dedykował jej kolejne prace, dawał w prezencie dzieła warte fortunę.
Dzisiaj nawet nie dzwoniła. Należące do siebie obrazy ojca oddała na cele charytatywne. Dzieci, poświęcamy im wszystko, a one odchodzą, a one zawsze nas zawodzą, nigdy nie rozumieją. I tak dumając, odkrył, że pragnie lepszej córki. Potomstwa idealnego. Posłusznego, rozumiejącego, współczującego. Takiego, które nigdy, przenigdy nie odejdzie. Potrzeba matką wynalazku; odkrył środki. Płótno. Wizja artysty. Dziewczynka, która na zawsze pozostanie jego małą. Mary, odbiciem jego myśli. Portret, potrzebował tylko jej portretu, a rzecz się urzeczywistni, pojął.
Mówił do niej, malując. Widywał ją, kątem oka. Słyszał głos. W końcu życie z Mary weszło mu w nawyk. Wiedział, że inni traktują to jako ekscentryczny wybryk starego artysty, ale niespecjalnie go to obchodziło. Jego córka, lepsza, prawdziwa córka, była takim cudownym dzieckiem! Znała go lepiej niż on sam i, nade wszystko, nigdy, nigdy, nigdy nie zamierzała opuścić.
Odwlekał zakończenie pracy. Może to było przeczucie. Bo kiedy wreszcie uznał rzecz za zamkniętą, dziewczynkę za istniejący malunek, prawdziwy malunek, kiedy ją wydał na świat – nadeszła klęska. Jak z Anną, zupełnie jak z Anną.
Mary zaczęła grymasić. Zaczęła żądać. Jej osobowość nie była już odwzorowaniem tej Guerteny. Nabrała innych cech, cech, jak pojął poniewczasie, wziętych ze świata obrazu, z fizyczności farby, stawiającej opór, materialność płótna i pędzla. Mary, skoro zaczęła istnieć poza jego głową, przeistoczyła się w odrębny, obcy byt.
Zrozumiał, że pragnienia wcale nie znalazł w sobie, one go naszło, przybyło skądinąd; nieważne, czy z podświadomości czy jego przeszłego „ja". Nie było jego. Nie-samowite.
Obcy byt, który, jak pojął w trakcie jednej z nadal miłych pogawędek o świecie zewnętrznym (kiedy pytała tak zaciekawiona rzeczywistością, tak zafascynowana tamtymi, tak chętna do poznania tego, co na dworze), również zapragnie opuścić swego ojca.